Rosa pozwoliła Malcolmowi się wypowiedzieć i nie wtrącała się. Nie miała nic do dodania o tym człowieku, a poza tym nie chciała się już irytować na to wszystko. Rozmyślanie o Jacobie i rozmawianie o nim przyprawiłoby ją tylko o ból głowy, a już i tak była wkurwiona i zmęczona. Malcolm wydawał się o wiele bardziej dyplomatyczny, co — Rosa miała nadzieję — przyda się im później.
Rosa spojrzała na Camille, a następnie wyszła z pojazdu. Całe szczęście, że kobieta nie protestowała i posłuchała planu Malcolma. Kobieta lekko drżała, zamknęła za sobą drzwi i powiedziała kilka słów do Lexie, która zeszła z paki i dołączyła do Camille, która wyszła z wozu, żeby wreszcie rozprostować kości.
Podróż nie była jakoś specjalnie długa, ale zdecydowanie minęła im w napięciu. Na zewnątrz było cicho i ciemno, nie było słychać ptaków ani zwierząt, a w tle widać było miasto — Colorado Springs. W przeszłości dość mocno zaludnione, pełne ludzi i samochodów. Teraz jednak miasto duchów.
Azjatka zeszła z paki i stanęła przy Camille. Wydawała się zamyślona, może lekko nieobecna? Jednak czuła się też przytłoczona tą ciszą, więc westchnęła głośno, żeby jakoś zagaić do Whittman.
“ No to poczekamy sobie... ”
Stwierdziła, zarzucając jakąś oczywistością, żeby tak nie stały tutaj same, w ciszy. W okolicy nie słychać nawet było żadnych trupów ani kroków w ich stronę, ale wszechobecna ciemność przytłaczała.
“ Może lepiej będzie poczekać w wozie? ”
Spytała. Kobieta miała lekko podkrążone oczy i pufiaste policzki, czerwone. Ewidentnie był to dla niej ciężki dzień, jednak mimo to nadal trzymała przy boku karabin, gotowa je w razie czego obronić.
W tym samym czasie Rosa i Malcolm podeszli pod błyskające światło latarki. Miller się nie odzywała, bo w sumie co więcej mogła tutaj powiedzieć? O ile Malcolm niczego nie powiedział, to szli tak w milczeniu, zobaczyć, co tym razem sprezentuje im los.
Po drugiej stronie bramy stał starszy mężczyzna i kobieta w średnim wieku, oboje uzbrojeni zarówno w broń białą, jak i palną. Wyglądali na przygotowanych na tę całą apokalipsę, jak i na rozmowę. Mężczyzna zaczął. Lubił konkrety.
“ Widzę, że się nie spóźniacie z tymi zapasami. To dobrze. Twoje dziewczyny żyją. Dostały pomoc. Ale póki nie staną na nogi, zostają tutaj. ”
Powiedział, zwracając się bezpośrednio do Malcolma.
“ Żeby było jasne, nie robię z tego handlu żadnymi ludźmi, nigdy wcześniej tego nie zrobiliśmy. Ale nie wypuszczę rannych, które ledwo żyją. ”
Dodał po chwili. Jego słowa sprawiły, że Rosa była lekko zdezorientowana. Jakby wyciął te kwestie z dialogu, który prowadził z samym sobą w głowie. O co mu chodziło? Na szczęście kobieta dodała od razu:
“ Tak, tak. Dobrze was widzieć, Malcolm, prawda? To Walter, a ja to Sally. Wasze koleżanki żyją i mają się dobrze, z tego co wiem, zażywają kąpieli. Zresztą, sami możecie się przekonać — dostały jedzenie, leki, łóżko. Lepsze warunki, niż poniektórzy teraz mają. Ale póki są na naszych lekach i w naszej placówce, to my odpowiadamy za ich bezpieczeństwo. Rozumiecie? Więc nie będzie żadnego pośpiechu, kłótni czy szarpanin. Najpierw porozmawiamy, a potem się wymienimy. W porządku? ”
Wyjaśniła kobieta spokojnym głosem. Chciała nieco załagodzić tę sytuację i wyjaśnić, co Walter miał na myśli, co chciał im przekazać. Następnie była gotowa wpuścić ich do środka, przez główną bramę, by porozmawiać.
“ Możecie zostawić samochód w środku, za bramą. ”
@Malcolm Hopkins @Camille Whittman